Kolejny „zawał serca” w 90. minucie!
Wydawało się, że koszmary związane z utratą goli w końcowych minutach meczu, często doliczonym czasie gry, Victoria ma już za sobą. Niestety, w Luzinie „hydra znów podniosła głowę” i sprawiła, że zielono-biali, mając remis i 1 punkt na wyciągnięcie ręki, w jednej z ostatnich akcji meczu, stracili gola i sprawili, że nie jednemu z kibiców, w tym mnie, „serce stanęło” z rozpaczy.
Victoria pojechała do Luzina po przegranym meczu w Stęszewie. Chciała się odegrać, udowodnić, że rosnąca forma to nie złudzenie, to nie przypadek, a efekt ciężkiej pracy na treningach. Niestety, demon zła, demon sportowego pecha, demon niesprzyjających okoliczności, demon popełnianych błędów, cały czas wisi nad naszą drużyną. Nie dość, że od początku sezonu kilku piłkarzy, ze względu na kontuzje, nie może grać, to kilku kolejnych urazów nabawiło się w trakcie rozgrywek. Do Luzina nie mogli pojechać: Bartkowski, Strzelczyk, Dałek, Wolniewicz, co przede wszystkim osłabiało nasz zespół w obronie i w drugiej linii, o czym będzie okazja jeszcze wspomnieć. Szczególnie absencja Jakub Bartkowskiego sprawiła chyba trenerowi Bandoszowi najwięcej kłopotów. Pod jego nieobecność trener zdecydował się na najmłodszą parę stoperów w lidze, czyli duet młodzieżowców Węcławek-Urbaniak. Na prawej obronie zagrał Aleksander Theus, a na lewej Michał Goliński. W drugiej linii na „6” Stromecki, by wspomóc naszych młodych środkowych, przed nim Kamiński, potem Giełda, na bokach Kanior i Walkowiak, a na szpicy Jankowski.
Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem wiadomo było, że gospodarze są faworytami. Przecież kilka dni wcześniej pokonali 2:1 Zawiszę Bydgoszcz i choćby z tego powodu przed Victorią było naprawdę trudne zadanie. A mimo od pierwszej minuty meczu w Luzinie widać było w naszych szeregach ogromną koncentrację, mobilizację. I owszem, zaczęliśmy trochę cofnięci, gospodarze mieli inicjatywę, optyczną przewagę, ale po kwadransie ten mecz się wyrównał i Victoria próbowała się odgryzać. Takie wzajemne „badanie się” trwało do przerwy. W czasie pauzy zastanawiałem się co dalej. Czułem, że gospodarze ruszą, bo będą chcieli za wszelką cenę wygrać, a Victoria? Czy skupi się tylko na obronie, czy może spróbuje powalczyć o 3 punkty?
No, i gdy arbiter gwizdnął, by rozpocząć drugą część tego meczu, widać było, że gospodarze aż podskakują, by ruszyć z furią, no i ruszyli. Victoria była jednak na te ataki przygotowana, para młodych stoperów wspomagana Marcinem Stromeckim dawała radę. Bardzo dobrze grali na bokach Theus i Goliński nie pozwalając na groźne dośrodkowania. Nasi pomocnicy, niestety, nie grali na właściwym poziomie, ale mimo tego potrafiliśmy stworzyć 3-4 sytuacje, z których powinien paść choć jeden gol dla Victorii. Ja wspomnę o 4 sytuacjach.



Pierwsza miała miejsce w 54. minucie. Mikołaj Jankowski zagrał na lewa stronę pola karnego do Jakuba Giełdy. Ten minął jednego obrońcę, zszedł do środka, strzelił, ale zrobił to wszystko jakby w zwolnionym tempie i kolejny obrońca zdołał zablokować strzał. Jakub odzyskał piłkę, ale zaraz ją stracił i ratując zespół przed kontrą faulował rywala „zarabiając” żółtą kartkę.
W 62. minucie trener dokonał 3. zmian: Mikołaja Jankowskiego zastąpił Aleksander Kluczyński, Witolda Walkowiaka Mikołaj Witkowski, a Jakuba Giełdę Patryk Pawłowski (cieszy jego powrót do gry). W 71. minucie Theus zagrał do Witkowskiego, ten na linii pola karnego był faulowany, jednak sędzia nie odważył się zagwizdać „jedenastki” przeciwko gospodarzom. Gwizdnął rzut wolny sprzed linii, mimo że faul był na linii, a nawet ciut bliżej bramki Luzina. Nasi piłkarze protestowali, ale te protesty zdały się na nic. Jakby tych kontrowersji wokół karnego było mało, to mur przy rzucie wolnym arbiter ustawił może 4, może 5 metrów od piłki uniemożliwiając wykonanie stałego fragmentu gry. I tutaj protesty też nic nie przyniosły.
No i trzecia dogodna sytuacja Victorii – 88. minuta Witkowski zagrywa do Kaniora, Kamil wpada w pole karne i przekłada piłkę z prawej na lewą nogę, uderza i piłka trafia w nogę obrońcy, nie znajdując drogi do siatki gospodarzy. Wcześniej Kamil miał też „głowę” po dośrodkowaniu Michała Golińskiego. Z 6. metrów, nie atakowany, strzelił wprost w bramkarza.



W drugiej części to Victoria miała bardziej dogodne sytuacje do zdobycia gola, nie potrafiła ich wykorzystać, a Wikęd potrafił i to w 90. minucie meczu. Po dośrodkowaniu z prawej strony Sebastian Lorek zdecydował się zostać na linii, bardzo dobrze grający dotąd Olek Theus nie zdążył wyskoczyć w odpowiednim momencie i stało się nieszczęście. Nie obwiniam tych piłkarzy za utratę gola, wcześniej Urbaniak dwa razy mógł wybić piłkę i tego nie zdołał uczynić, po prostu w ostatnich minutach zabrakło koncentracji, determinacji w obronie, należytej uwagi i Victoria zafundowała kibicom „zawał”. Widziałem smutek, żal, wściekłość, rozpacz na twarzach naszych zawodników, bo grali dobry mecz, dali z siebie wszystko i tylko raz zawiedli w obronie, a to wystarczyło, by mecz przegrali, znów w samej końcówce.
Napisałem grali dobry mecz – to prawda, ale nie mogę powiedzieć, że wszyscy. Bardzo dobrze grała formacja obrony, o czym już wspomniałem. Mimo braku Jakuba Bartkowskiego młodzież wsparta Marcinem Stromeckim radziła sobie bardzo mądrze, a przede wszystkim skutecznie. Dzięki Stromeckiemu, Theusowi, Golińskiemu potrafiliśmy wychodzić ze strefy obrony, budować akcje zaczepne, ale i to muszę zaznaczyć – w Luzinie Victoria grała praktycznie bez linii pomocy i ataku. Dlaczego? Bo nie było tam Marcina Stromeckiego, który cofnięty pomagał w obronie. Pod jego nieobecność okazało się, że druga linia „leży”, że nie ma piłkarza, który piłkę przyjmie, popatrzy, rzuci ją na skrzydło, albo przytrzyma, zagra do partnera, zagra „klepę” z napastnikiem, o strzale z drugiej linii nawet nie wspominam, bo nic takiego nie zaistniało. Nie chciałbym nikomu sprawiać przykrości, nie chcę postawy naszych pomocników i napastników deprecjonować, ale jako kibic mogę sobie czasem na swoją, bardzo subiektywną ocenę ich gry pozwolić, co niniejszym czynię.



Kamil Kanior się broni – to nasz najlepszy piłkarz w ofensywie i nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Po drugiej stronie Witek Walkowiak. Przyszedł z Lipna Stęszew mając na koncie bodajże 24 asysty w IV lidze. Dzisiaj, praktycznie po rundzie jesiennej to Gość bez liczb. Witold niby biega, walczy, niby niczego zarzucić mu nie można, bo się stara, ale trzeba zadać sobie pytanie: co z tego? Odpowiedź brzmi…NIC! Nic, zero liczb na skrzydle, zero asyst (przepraszam, jeśli się mylę), zero bramek (o golu dla Polonii Środa nie myślę), i zero sytuacji zarówno wykreowanych dla siebie, jak i tych kreowanych dla partnerów! Niestety, ale tyle jest pożytku ze starań, walki i gry Witolda Walkowiaka.
Sebastian Kamiński – umiejętności, ogranie, doświadczenie na poziomie ekstraklasy i co? To przecież od niego powinniśmy wymagać najwięcej. To on, pod nieobecność kapitana, Jakuba Groszkowskiego, powinien unosić odpowiedzialność za zespół, powinien decydować o tempie i jakości gry, powinien być prawdziwym liderem, przywódcą formacji ofensywnych, powinien być takim Jakubem Bartkowskim drugiej linii. A co mamy? Ogromny zawód i myślę, że nie tylko ja tak postawę Sebastiana oceniam. Myślę, że wszyscy oczekiwaliśmy od Sebastiana czegoś więcej. Nie tylko prowadzenia gry, ale jakiegoś ekstra podania otwierającego drogę do bramki, jakiegoś strzału z dystansu, a tu nic! Dlatego tego więcej, na co kibice liczyli, bardzo, ale to bardzo brakuje.
Dalej muszę dotknąć „polonistów” ze Środy Wlkp. Olka Kluczyńskiego i Jakuba Giełdę. Nie wiem czego spodziewali się trenerzy, czego spodziewali się po nich kibice, ale ja piłkarza Kluczyńskiego widziałem tylko w pierwszym meczu sparingowym w Żydowie. Potem widziałem już tylko piłkarza zagubionego we mgle gęstej jak śmietana, nie dającego wsparcia w defensywie i nie mającego żadnego wpływu na ofensywę. Co się stało? Nie wiem… i tyle, wystarczy, bo nie chcę dalej.
Jakub Giełda przychodził jako piłkarz na pozycje 8-10. Przychodził już w trakcie sezonu, bo cały czas walczył o miejsce w Polonii Środa Wlkp. Tego miejsca nie wywalczył i nasz klub, wobec plagi kontuzji, zdecydował się na ten transfer. Dzisiaj widzimy, że niestety, ale nie miało to żadnego sensu. Jakub cały czas jest z drużyną, ale patrząc na niego, na jego trening, postawę w meczach, zachowanie, on jest we Wrześni tylko ciałem, absolutnie nie ma go duchem! Mentalnie jest jakby poza zespołem, jakby jeszcze był w Polonii i liczył, że trenerzy zmienią zdanie i podejmą dla niego dobre decyzje, jakby cały czas wyczekiwał ze Środy dobrych dla siebie wieści. Żeby nie było – Jakub Giełda to naprawdę dobry piłkarz, ale przepraszam, w sytuacji w jakiej się znalazł nie da grać. Reprezentowanie barw innego klubu jest dla niego bardzo trudne, bo głowa i serce Jakuba są nadal w Polonii. Ja nie krytykuję jego postawy, czasem tak po prostu jest, że w jednym miejscu gramy jak z nut, że dajemy z siebie wszystko, a nawet więcej, a po transferze z ukochanego klubu tylko usychamy. I ja, patrząc na Jakuba, na jego przygodę z Victorią, tak go widzę. Z tej mąki chleba nie było, nie ma i nie będzie, bo moim zdaniem Jakub mentalnie jest daleko stąd. We Wrześni usycha.
Mikołaj Witkowski jest dla mnie największym rozczarowaniem. Chłopak, któremu zawsze kibicowałem, którego zawsze chwaliłem za talent, za techniczne umiejętności, za to, że mimo braku fizyczności miał ogromny wpływ na awans do III ligi. Niestety, Mikołaj nie przystosował się do wymogów tego szczebla rozgrywek. Fizyczność, motoryka, ambicja, walka, zaangażowanie – wszystkie te elementy, na tym poziomie rozgrywek, są ponad możliwości, chęci, ambicje Mikołaja. A piłka nożna to, niestety, nie piłka ręczna, tutaj nie można wejść na boisko, strzelić z rzutu wolnego i zejść. W Luzinie np. Mikołaj nie wygrał ani jednego fizycznego, bezpośredniego pojedynku z rywalem. Odbijał się od nich jak gumowa piłeczka od ściany. Przykre…
Dwa nasze „wicherki” na bokach: Hubert Szaufer i Arek Wolniewicz praktycznie nie grają. Plaga kontuzji dopadła Victorię, a oni są tej plagi ofiarami. Mam tylko nadzieję, że po zimie ich sytuacja diametralnie się mieni i wreszcie będą grali tak jak potrafią i jak kibice od nich oczekują. Wszyscy na nich liczą.
A teraz PLUSY – największy w tej formacji Marcin Stromecki. Piłkarz, jak mawiał Melchior Wańkowicz „pełną gębą”, piłkarz kompletny, piłkarz, który może być wsparciem defensywy, jak w Luzinie, i może być motorem ofensywy, jak z Unią Swarzędz i w Stargardzie. Tutaj nie ma nad czym się rozwodzić – Bartkowski i Stromecki do transfery za 100 punktów, idealne, trafione! Na nich miło się patrzy, od nich młodzież może się uczyć i niech się uczy jak najdłużej i jak najwięcej. I pozwolę sobie uruchomić wyobraźnię… gdybyśmy mieli wypoczętego, zdrowego „Groszka” ze Stromeckim w środku, np. Marcin na 8, Jakub na 10, albo odwrotnie, – jestem przekonany, że gra drugiej linii wyglądała by zdecydowanie inaczej…
I na koniec oceny linii popmocy… też plusy – młodzież – Wiktor Strzelczyk, Kamil Dałek i Kacper Chałupniczak. Walka, ambicja, zaangażowanie, coraz wyższe umiejętności, ale, niestety, też kontuzje. Jestem jednak przekonany, że z tych piłkarzy Victoria będzie miała jeszcze ogromną pociechę. W takich zawodników naprawdę warto inwestować. I wiosna, i przyszłość w Victorii, będą należały do nich! Z całego serducha im tego życzę!
Patrząc na Victorię w meczu z Wikędem, moim zdaniem, trener Łukasz Bandosz ma chyba największy problem w środkowej linii. Bo ta formacja zawodzi, bo ta formacja nie daje właściwej jakości, bo ta formacja nie jest „stabilizatorem” zespołu, w sposób zadowalający nie wspomaga linii obrony i przede wszystkim nie napędza akcji na bramkę rywala, bo ta formacja wreszcie, jeśli Marcin Stromecki potrzebny jest w defensywie, nie ma lidera.
A co z atakiem? Ojej, tu dopiero się dzieje, a raczej się nie dzieje. O naszym nowym napastniku pomilczę, ostatnio stracił zaufanie trenera Bandosza, a Mikołaj Jankowski, który jakiś czas temu zastąpił Sebastiana Kwaczreliszwilego w pierwszym składzie, niczym „samotny biały żagiel, pływa” na szpicy, i jak dotąd, z tego „pływania” nie ma owoców. Mikołaj nie strzela, a ciągle biega, walczy z obrońcami i niestety, ale tych pojedynków nie wygrywa. Ustępuje wysokim, silnym obrońcom fizycznością i zaangażowaniem, zresztą „Miki” nie ma w sobie tego genu walki, nie ma tego zadziora, tego, co miał kiedyś legendarny „diabeł” Szarmach, czyli nie włoży głowy tam, gdzie „drzazgi lecą”, ba, nie włoży także nogi. To piłkarz techniczny, do krótkich, dokładnych zagrań, tzw. małej gry, to piłkarz umiejący wyjść na pozycję, potrafiący mądrze, celnie strzelić – tylko do licha on musi mieć z czego, musi mieć „obsługę”, musi mieć piłkę dostarczoną do nogi, musi mieć wyprowadzoną sytuację, a kto to i jak ma zrobić, skoro druga linia jest jaka jest… Dlatego nie mając żadnych sytuacji bramkowych, żadnej tzw. „obsługi” ze strony pomocników Mikołaj biega, biega, biega i biega, a piłka nożna to nie biegi przełajowe… i marnuje się nam Król Strzelców IV ligi.
Skrót meczu Wikęd Luzino – Victoria Września
https://www.youtube.com/watch?v=bllE22sA8fQ
Tak na gorąco pozwoliłem sobie dzisiaj, będąc cały czas smutnym i zawiedzionym po meczach w Stęszewie i w Luzinie, o pewne oceny i przemyślenia. Tych meczów nie powinniśmy przegrać, ale to my, a nie rywale popełniamy błędy w obronie i to my nie potrafimy strzelić do siatki przeciwników, mimo korzystnych sytuacji, by mecze wygrać. Niestety, czegoś brakuje i nie myślę tutaj ani o pechu, tego nie brakuje, tylko może to nie jest pech?… Nie myślę o braku skuteczności, bo oczywiście ona rzuca się w oczy, ale myślę o magicznym słowie JAKOŚĆ. Gdy weźmiemy pod uwagę naszą drugą linię i linię ataku, to termin JAKOŚĆ staje nam przed oczami. Cóż, tej jesieni nic się już nie zmieni, ale w przerwie zimowej jest czas, pisałem już o tym, by tę JAKOŚĆ poprawić, by wymienić tych piłkarzy, których z braku czasu latem kontraktowano na łapu capu, na takich, którzy będą wsparciem i którzy będą chcieli „umierać” za Victorię. I powtórzę – moim zdaniem – w miejsce 5-6 tych, dla których III liga i Victoria to złe miejsca, na trzech takich, co dla Victorii „ukradną księżyc”.
Mecz zaległy 11.11. 2025
Wikęd Luzino – Victoria 1:0
Tabela
