Zaczyna się robić bardzo gorąco!

Trzeci mecz i trzecia porażka, tym razem z Wikędem Luzino 1:3. Wiem, wiem… przeciwnicy w wysokiej półki i szczerze mówiąc brałem taki scenariusz pod uwagę. Miałem jednak nadzieję, że choć w jednym z tych trudnych meczów sprawimy niespodziankę i blisko było w Środzie Wlkp. Niestety szereg kłopotów, jakie spadły na zespół sprawia, że Victoria nie wygląda dobrze i by przełamać tę złą passę trzeba, powtarzam trzeba, zapunktować w Świnoujściu.

Czarny scenariusz stał się rzeczywistością – trzy mecze i trzy porażki. Ta ostatnia, z Wikędem Luzino, po najsłabszym dotąd meczu, który obnażył nasze braki, niedostatki, ułomności widoczne jak na dłoni od samego początku tegorocznych rozgrywek. Tym razem trener Łukasz Bandosz postanowił nieco zaryzykować w ofensywie. Zdecydował, że nie będziemy murować bramki w starciu ze zdecydowanym faworytem, a postaramy się prowadzić otwartą grę. Wystawił naprawdę kilku piłkarzy, którzy mieli dać nam ogień, silę, napęd. Że tak się nie stało już wiemy, ale zacznijmy od początku…

Zanim przejdę do meczu słów kilka o pożegnaniu Jakuba Groszkowskiego, kapitana Victorii i lidera nie tylko na boisku, ale i w szatni, znakomitego piłkarza i jeszcze lepszego człowieka. Jakub z przerwą na grę w innych klubach reprezentował Victorię prawie od 20 lat i bez względu na to, jakiego rocznika zespół reprezentował zawsze wyróżniał się dobrą grą i wysoką kulturą osobistą, często pełniąc rolę kapitana. Śmiem twierdzić, że „Groszek” był najjaśniejszą postacią naszej Victorii w ostatnich latach, prawdziwym przywódcą na boisku i poza nim. To pod jego batutą Victoria awansowała do 3. ligi. To on wraz z „Czesiem” byli w tej drużynie AD 2025 przedstawicielami pokolenia 30+. Dzisiaj ostał się już tylko Szymon Krawczyński…
Niestety, ubiegłoroczna końcówka sezonu była nie tylko ogromnym sukcesem klubu i Jakuba, ale też jego osobistym dramatem. Bodajże w drugiej części meczu z Polonią Chodzież (wygranym 4:3) Jakub nabawił się kontuzji ścięgna Achillesa. W meczu barażowym z Gromem w Nowym Stawie z ogromnym bólem dotrwał do przerwy. Po zmianie stron już go nie zobaczyliśmy. Ubiegłoroczne 45 minut w Nowym Stawie było ostatnim czasem gry w zielono-białych barwach. Potem Kuba usiadł na ławce i z tej pozycji „prowadził” zespół do wygranej w dogrywce. Kolejne miesiące spędził na rehabilitacji, w przerwie zimowej próbował wrócić, nie udało się, Achilles nie pozwolił. Kolejną próbę powrotu podjął wiosną, i tak okazała się nieudana. Stan Achillesa okazał się na tyle poważny, że Jakub nie podjął latem trzeciej próby. Zdecydował, że to koniec, że jego piłkarska droga dobiegła końca, a była to piękna, sportowa przygoda, która pozostanie z nim, a także z nami – jego kibicami, na zawsze!
Nie ukrywam, że zawsze, od początku przygody Jakuba z futbolem, byłem Jego fanem i wiernym kibicem. Nie można było nim nie być, nie można było bowiem nie doceniać Jego umiejętności technicznych, umiejętności wygrania pojedynku jeden na jeden, jego niesamowitych podań rozrywających szeregi obronne przeciwników, genialnych pass’ów, po których nasi napastnicy mieli otwartą drogę do bramki, czy też precyzyjnych, technicznych strzałów, z którymi bramkarze rywali nie potrafili sobie poradzić. Był też Jakub niekwestionowanym liderem szatni, prawdziwym autorytetem i przewodnikiem dla młodzieży wchodzącej do drużyny.
W minioną sobotę żegnaliśmy piłkarza dla Wrześni wybitnego i wyjątkowego, którego z pewnością będzie w zielono-białej szatni bardzo brakować. Ale cóż, toż to przecież życie, które jest nie tylko czasem narodzin, dojrzewania, ale także czasem przemijania, z którym trzeba umieć „wziąć się za bary”. I Jakub się wziął, godnie się pożegnał z rolą piłkarza, a z tego co wiem już wkrótce zobaczymy go w nowej roli.
Jakubie, za wszystko, za te prawie 20 lat, w szczególności ostatnie 6, kiedy to stałeś na czele naszej Victorii, kłaniam Ci się i z całego serca serdecznie za wszystko dziękuję. Będzie co wspominać!
Jakuba Groszkowskiego żegnano godnie. Żegnali Go kibice, żegnał go zarząd klubu, żegnali koledzy z szatni. I dobrze, bo takich ludzi jak „Groszek”, za wszystko co dla Victorii zrobili, należy żegnać z honorami. Jakub żegnał się z kibicami w otoczeniu najbliższych, mając u boku żonę Marię, córeczkę Majkę i synka Oliwiera. Być może już za kilka lat właśnie synek pójdzie w ślady swego ojca, a z tego co wiem, chęci i talent do futbolu przejawia ogromne. Powodzenia „Groszki”!

Teraz już spokojnie możemy szybciutko przejść do ostatniego meczu, w którym to Victoria podejmowała Wikęd Luzino. Pierwsze kilkanaście minut to był bardzo wyrównany bój, w którym jednak widoczna była dojrzałość gości. Victoria się i owszem, starała się atakować strefę rywali, ale często nie była w stanie przedrzeć się przez linię pomocy, a co dopiero mówić o liniach defensywnych. Wikęd znakomicie, skutecznie stopował nasze akcje w środkowej strefie boiska i praktycznie uniemożliwiał nam przedarcie się na ich przedpole bramkowe. Nas tam generalnie nie było, nie mogliśmy się przedostać, więc co mówić o jakiejś składnej akcji, czy skutecznym strzale. Goście natomiast „siadali na nas” wysoko i z wyjściem spod pressingu mieliśmy ogromne kłopoty. Wreszcie nadeszła koszmarna 36′. Lorek podał do Mazura, ten się „zawiesił” – ani nie podał dalej, ani piłki nie wybił, tylko z nią stał. I gdy tak stał, to piłkarz z Luzina mu ją odebrał, podał do partnera w ataku, ten „objechał” Lorka i wpakował piłkę do pustej bramki. Stracić gola zawsze można, ale w tak głupi sposób to naprawdę sztuka. Żal mi było Miszy, bo to twardy i ambitny chłopak, ale ciała dał po całości.
Na szczęście Victoria nie rozpaczała, nie załamała się utrata gola, a wręcz przeciwnie – jakby podrażniona tym faktem rzuciła się do odrabiania strat. Udało się 2 minuty potem wyrównać stan meczu. Jakub Giełda uderzył z 16. metrów płasko, po ziemi, w sam róg i bramkarz Wikędu musiał wyjmować piłkę z siatki

Po zmianie stron lepiej w mecz weszli goście, atakowali szeroko, skrzydłami, mieli przewagę w środku pola i spychali nas do obrony. Kilka razy byli blisko celu i można powiedzieć, że gol dla nich wisiał w powietrzu. Niestety, w 66′ rywale sięgnęli calu. Po ładnej wymianie piłki w środku pola zagrali idealne podanie do prawego boku (zaspał Witek Walkowiak) i skrzydłowy dograł do środka, gdzie nadbiegający napastnik dołożył tylko stopę. Goście prowadził 2:1.
Po tym ciosie Victoria mogła się jeszcze podnieść, ba, miała ku temu wyśmienitą okazję. Kamil Dałek, może z 6 metrów, nie trafił jednak w bramkę, fatalnie przestrzelił. I ta niewykorzystana sytuacja na remis jakby podcięła słabe i mało energetyczne „skrzydła” gospodarzy, którzy z minuty na minutę, mając w głowach wizję trzeciej porażki z rzędu, gaśli w oczach. Niestety, w 90. minucie stracili trzeciego gola i zgaśli zupełnie. Marcin Maćkowiak, moim zdaniem niepotrzebnie, faulował w polu karnym gracza z Luzina i goście wykorzystali prezent skutecznie egzekwując rzut karny.
Jak zaznaczyłem na początku tekstu – trzeci mecz i trzecia porażka. Owszem, graliśmy z wymagającymi rywalami, wszystko to prawda, ale prawdą jest również to, że nie spisujemy się najlepiej w obronie, że zawodzimy w środku pola, że nie potrafimy dostarczyć piłki do dwóch naprawdę groźnych napastników, że brakuje nam potrzebnej determinacji – zarówno z tyłu, jak i z przodu. To są, moim zdaniem oczywiście, największe nasze bolączki na starcie sezonu.

„Nie spisujemy się najlepiej w obronie” – brakuje walki, determinacji, brakuje koncentracji w ważnych momentach, brakuje jednolitego bloku obronnego! Rozpadła się „betonowa” obrona: Theus, Boruc, Bartkowski i to jest chyba największa nasza bolączka! Nie sposób z dnia na dzień zastąpić Olka i Adama, z całym szacunkiem dla ich następców. Adama nie będzie jeszcze w meczu z Flotą i w meczu z Kórnikiem, powrót Olka jest absolutną niewiadomą, bo nasz obrońca rehabilituje się po groźnej kontuzji kolana.

„Zawodzimy w środku pola” – no, tutaj mamy prawdziwy kłopot. W porównaniu z jesienią ub. roku jesteśmy potwornie słabsi – przypomnę, że wtedy za zabezpieczenie naszego przedpola odpowiadał Marcin Stromecki i co tu dużo gadać, takiego piłkarza na „6” dzisiaj nam brakuje, bo znakomicie wiosną grający Kamil Dałek jeszcze nie wrócił do ustawień fabrycznych. „Strzelba” lepiej gra do przodu, a Misza jeszcze ogarnięty nie zimowym, a „letnim snem”. Proszę spojrzeć – w każdym z dotychczasowych meczów trener Bandosz asygnował do gry innego defensywnego pomocnika: z Lechem Dałek, z Polonią Wiktor Strzelczyk, z Wikędem Mazur i nic… bez oczekiwanego przełamania, bez światełka w tunelu. Kto z Flotą w Świnoujściu? Czwartego nie mamy, no chyba, że poprosimy o pomoc „Stromę”? 🙂 Mamy potencjalnie 3 dobrych piłkarzy na „6”, ale… – żaden jeszcze nie dojechał i tego naprawdę nie rozumiem. Jeśli teraz połączymy dyspozycję „szóstek” i „zastępczej obrony” to mamy smutny obraz gry obronnej, która wiosną działała, a teraz niestety, ale zawodzi.

„Nie potrafimy dostarczyć piłki do napastników” – muszę jeszcze wspomnieć o grze drugiej linii do przodu – tu jedynie dwóch ludzi robi robotę. Moim zdaniem Michał Goliński, który jest wszędzie – broni, atakuje, dogrywa – człowiek „nie do zajechania”, „koliberek” i Jakub Giełda, który wreszcie spełnia pokładane w nim nadzieje (znakomity mecz z Wikędem). Niestety, nie działają boki linii pomocy – ani grający tam młodzieżowcy, ich postawę przemilczę, bo jak dotąd nie ma o czym pisać i szkoda moich nerwów, ani, co martwi, Wiktor Walkowiak. I jeśli nawet Goliński z Giełdą coś wymyślą, utrzymają piłkę w drugiej linii, co nie jest zadaniem łatwym, to osamotnieni w konstruowaniu akcji ofensywnych nie są w stanie dostarczyć piłkę do naszych dwóch snajperów „Luto” i „Wełny”, którzy strzelać potrafią, co wielokrotnie udowodnili, nawet w meczu z takim rywalem jak Lech. W Środzie Wlkp. mieli pecha, obijali aluminium. Z Wikędem nie mieli okazji, zostali odcięci od podań, odcięci od grania i tylko szamotali się z przodu tracąc siły. Pewnie nie będę oryginalny, ale z całą mocą chcę powiedzieć: bardzo, ale to bardzo brakuje mi na obu flankach Kamila Kaniora i Arka Wolniewicza. Obaj powinni fruwać na bokach niosąc piłkę dla napadziorów. Ta sytuacja bardzo mnie martwi – czekam na Kamila z jesieni ub. roku i czekam na Arka z wiosny – do licha, niech wreszcie się pojawią w najlepszej dyspozycji, bo serwis dla Jakuba i Filipa musimy poprawić.

„Brakuje nam potrzebnej determinacji” – tak, tak uważam, w porównaniu z wiosną ta determinacja jakby przyhamowała. Czasem w piłce jest tak, że jeśli umiejętności nie staje, to właśnie ambicją, determinacją, wolą walki te niedostatki można nadrobić i mnie brakuje właśnie tego położenia wszystkiego na szali, tego niezbędnego poświęcenia, tego dodatkowego wysiłku, tego „depnięcia”, dołożenia nogi, wyskoku, czy wślizgu. Przebłyski takiej gry mieliśmy w 2. części meczu z Lechem i w meczu z Polonią. W starciu z Wikędem tego „cóś” zdecydowanie zabrakło. A gdy tego „cóś” nie ma, nie można powiedzieć, że zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy. Wiem, że zespół jest bardzo dobrze przygotowany do rozgrywek, ma moc, siłę i wytrzymałość i tylko trochę mi tej determinacji, woli walki brakuje.

Jak widać wiele elementów w naszej grze, postawie nie funkcjonuje i to boli, ale wiem też, że to wszystko się zmieni, że zacznie działać gdy wygramy pierwszy mecz, zdobędziemy pierwsze punkty. Oby tym przełomem był jutrzejszy mecz z Flotą w Świnoujściu. Pojedźmy tam i zróbmy swoje, wygrajmy mecz, odblokujmy nasze możliwości i zacznijmy wreszcie marsz w górę tabeli, bo robi się gorąco, a nikt z nas – kibiców, działaczy, piłkarzy nie chce przecież „powtórki z rozrywki”.

Jeśli doceniasz moją pracę – POSTAW WIRTUALNĄ KAWĘ

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Zbliżające się wydarzenia