Zrezygnowali z finału Pucharu Polski!

Nie wiem dlaczego, nie rozumiem, nie potrafię ogarnąć powodów, dla których Victoria postanowiła nie zagrać w finale wielkopolskiego Pucharu Polski, mimo że ten miał zostać rozegrany 10 czerwca we Wrześni. Wielkie piłkarskie święto po 2. latach miało ponownie zawitać na stadion przy Kosynierów, ale po kompromitującym meczu i porażce z Orłem Kawęczyn 0:1, to V-ligowiec, najpewniej w Turku, zagra z mającą patent na te rozgrywki Polonią Środa. Powiedzieć żal, powiedzieć zawód – to nic nie powiedzieć! Jedyne słowo, które ciśnie się na usta to WSTYD!

Mecz z Orłem Kawęczyn, grającym w V lidze miał być przepustką do finału, w którym miało dojść do rewanżu za mecz sprzed 2 lat, kiedy to w półfinale Victoria ograła Polonię 4:0 i awansowała do finału, gdzie przegrała z Unią Swarzędz 1:5. Niestety, do takiego rewanżu nie dojdzie, bo Victoria skompromitowała się w Tokarach Pierwszych i o finale może zapomnieć. A było tak blisko, bliżej niż kiedykolwiek. 2 lata temu, czwartoligowa Victoria, by grać w finale, potrafiła pokonać, i to wysoko, grającą w 3. lidze Polonię. Wczoraj trzecioligowa Victoria nie potrafiła sobie poradzić z zespołem V ligi. O meczu nie powinienem wspominać słowem, mając na uwadze zdrowie moich Czytelników i swoje własne. Naprawdę szkoda tej kopaninie poświęcić choćby zdanie, ale, niestety, ale muszę.


Victoria straciła gola w 45 minucie, w sytuacji, w której piłkarz gospodarzy przebiegł, nie atakowany przez nikogo, pół boiska i huknął zza pola karnego tak celnie, że Arcimowicz był bez szans. Dla porównania – drużyna Victorii, która wyszła na pierwszą część tego meczu w ciągu 45. minut nie oddała ani jednego celnego strzału na bramkę Orła! Ani jednego, może, powtarzam może raz strzeliła niecelnie, ale nikt takowej próby nie pamięta! Jedyne co zapadło mi w pamięć, to rajd Kamila Kaniora zablokowany przez ambitnie wracającego obrońcę. To wszystko! Nie, to nie żart! To było wszystko na co stać było w pierwszej części meczu Victorię. Gospodarze byli znacznie lepsi – lepiej biegali, lepiej, z ogromną determinacją walczyli, stwarzali lepsze sytuacje bramkowe – raz trafili w słupek, raz z metra głową obok bramki i tylko ogromnemu tzw. sportowemu szczęściu Victoria zawdzięcza, że w tej odsłonie nie przegrywała 0:3.

A kto wyszedł do gry od początku meczu? Generalnie piłkarze, którzy nie są pierwszym wyborem trenera.

I Ja myślałem, że oni zrobią wszystko, by pokazać trenerowi, że zasługują na pierwszy plac, że nie chcą pełnić tylko roli zmienników, że jak ruszą na tego Orła, to go zmiotą. Tymczasem…. było kompletnie odwrotnie. Victoria przegrywała pojedynki biegowe, pojedynki jeden na jeden, pojedynki wręcz, nie zbierała tzw drugich, odbitych, piłek, nie walczyła, była niedokładna, zbierała się, zarówno do ataku, jak i do obrony jak stado much zimową porą do lotu. Żadnej składnej akcji, żadnego strzału na bramkę rywala i ogromne kłopoty w obronie! Nic, zero, null! Żal było patrzeć na to, co wyprawiała Victoria. By skończyć te męki, w 45. minucie, Orzeł zapakował naszej drużynie bombę i schodził na przerwę objąwszy prowadzenie.
Po zmianie stron i wielu zmianach, jakie trener Bandosz przeprowadził (Bartkowski, Giełda, Chałupniczak, Lutostański, Witkowski, Goliński, Walkowiak), Victoria dopiero od 75. minuty zaczęła grać tak, jak powinna od samego początku meczu. Zamknęła gospodarzy na ich polu karnym, miała ogromną przewagę, ale nadal kłopoty z oddaniem strzału. Orzeł sporadycznie kontratakował i były to kontry bardzo groźne, bo nasza drużyna już nie broniła, a postawiła wszystko na atak. Niestety, ataki te były nieskuteczne, nie przyniosły zdobyczy bramkowej. Orzeł zdołał obronić jednobramkową zaliczkę i awansował do finału. Owszem pod koniec meczu Victorii należał się choć jeden rzut karny za faule na Kacprze Chałupniczaku i Jakubie Lutostańskim, ale kto gospodarzom gwizdnie karnego w doliczonym czasie gry? Właśnie…. Nie sędzia przegrał ten mecz, a nasi piłkarze, którzy nie wiedzieć czemu zagrali kompromitujące zawody pozwalając na to, by w finale zagrał Orzeł Kawęczyn. Wielkie słowa uznania dla gospodarzy tego meczu za walkę, za wiarę, za determinację i za powodzenie taktyki, która polegała generalnie na prostej zasadzie: siedzimy na nich na całym boisku i szukamy szans w akcjach pt. laga na napastników! I proszę sobie wyobrazić, że ta prymitywna taktyka przyniosła im powodzenie, co o Victorii świadczy bardzo, ale to bardzo źle.

Nasza drużyna zawiodła na całej linii, zawiodła siebie, ale przede wszystkim zawiodła swoich kibiców. Sprawiła, że wróciły najgorsze koszmary związane nie tyle z odpadnięciem z Pucharu Polski, ale z beznadziejną postawą, z brakiem pomysłu na grę, z dyspozycją, która musi martwić w związku z najbliższym meczem ligowym. A ten znów będzie „o życie”, tym razem z Lipnem Stęszew. Nic nie wróci straconej szansy, organizacji finału i gry o Puchar z Polonią Środa, która, jak na trzecioligowca przystało, pojechała do Korony Piaski i wygrała 8:1. Można? Można! Ale wygrana z Lipnem Stęszew po pierwsze nadal utrzymuje nas w grze o utrzymanie, a po drugie przywraca godność drużynie po blamażu, jaki zafundowała.
Wygrywają i przegrywają wszyscy – zawodnicy, trenerzy, klub. I ja od wczoraj zastanawiam się, czy strategicznego błędu nie popełnił też trener Bandosz. Oczywiście jestem mądry po szkodzie, ale zastanawiam się bo mam w głowie zasadę, którą wyznawał ś.p. trener legenda wrzesińskiej siatkówki, Ryszard Tuszyński. Rysiu mawiał zawsze: Czy grasz z silnym, czy ze słabym rywalem graj zawsze najsilniejszym składem, nie kombinuj, to nie czas na eksperymenty, a jeśli będziesz wygrywał i uznasz, że nadszedł moment na zmiany – zrób je, ale spokojnie i rozsądnie. Nigdy nie zmieniaj całej drużyny! Najważniejszy jest interes zespołu, klubu, a nie zawodników!
I co by było, gdyby trener Bandosz od pierwszej minuty postawił na sprawdzony, ograny, ligowy skład? Może byśmy objęli prowadzenie, może strzelilibyśmy 2-3 gole, a potem myśleli o zmianach? Wiem, wiem, teraz to tylko gdybanie, wiem, że trener chciał dać pograć zmiennikom, by pierwszy garnitur złapał oddech przed Lipnem, ale nikt chyba nie spodziewał się, że ci zmiennicy tak bardzo zawiodą, że drużyna z V ligi będzie dla nich przeszkodą nie do przejścia! Chociaż, by być sprawiedliwym, podstawowi piłkarze zawiedli równie mocno – też gola rywalom nie strzelili. Dlatego twierdzę, że odpowiedzialność za ten blamaż rozkłada się na wszystkich, na całą kadrę piłkarzy – na tych z pierwszego składu i na tych, którzy są drugim wyborem trenera Bandosza! Tym razem nie było tych lepszych i tych gorszych!

Trudno wrócić do rzeczywistości, trudno złapać z nią kontakt po takim meczu jak ten w Tokarach Pierwszych. Ja jeszcze nie potrafię, ten wstyd po tym, co widziałem w towarzystwie kibiców miejscowych, jeszcze we mnie siedzi. Te opinie o Victorii, te słowa zdziwienia, niedowierzania, czasem kpiny, drwiny i śmiechy – to wszystko jeszcze we mnie siedzi. I smuci, i budzi obawy, bo mecz z Lipnem już w sobotę! O nastrojach wśród kibiców pisać nie muszę, wystarczy poczytać komentarze pod postami na profilu FB Victorii Września. Co jeszcze bardzo przykre – ta kompromitująca porażka przypadła dokładnie w dzień upamiętniający 125 rocznicę Strajku Dzieci Wrzesińskich, nasze największe, historyczne święto lokalne. Piłkarze jakby o tym zapomnieli. Nie zagrali ani dla siebie, ani dla Bohaterów Wrześni!
Jakież to wahania nastrojów muszą przeżywać kibice Victorii: cudowna seria w lidze, potem tragedia w Swarzędzu, potem genialny mecz z Kluczevią i totalny upadek z Kawęczynem. Czy trener Bandosz „podniesie mental” zespołu, zbuduje takie morale jak na Kluczevię? Nie ma innej drogi, a ostateczne rozstrzygnięcia ligowe zbliżają się krok po kroku. Już jutro arcyważny dla nas mecz Tłuchovia – Błękitni Stargard. Czy gospodarze urwą punkt Błękitnym? Emocje rosną, pytania pozostają! My jednak nie możemy oglądać się na innych, my już musimy tylko wygrywać!

Nie było łatwo napisać o tym, co się wczoraj wydarzyło. Nie pamiętam kiedy targały mną takie negatywne emocje, które musiałem studzić. Nawet po Rewalu nie było tak źle. Mam to za sobą, ale stracona szansa na coś wielkiego będzie we mnie siedzieć długo, jak zadra, jak nie wyjęta drzazga zza paznokcia! Niestety… 🙁

Ale teraz trzeba się otrząsnąć Panowie! Teraz trzeba wyjść i wygrać z Lipnem Stęszew. I mam ogromną prośbę do kibiców, bądźcie z zespołem, dajcie mu wsparcie w walce o utrzymanie 3. ligi w tak ważnym i tak bardzo trudnym momencie! To ostatni mecz sezonu na naszym stadionie, zapowiada się piękna pogoda – niech więc będzie to mecz kibicowsko rekordowy! Do zobaczenia na stadionie! Nie może Was zabraknąć!

Jeśli doceniasz moją pracę – POSTAW WIRTUALNĄ KAWĘ

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Stefan

upamiętniający 125 rocznicę Strajku Dzieci Wrzesińskich, nasze największe, historyczne święto lokalne. Piłkarze jakby o tym zapomnieli. Nie zagrali ani dla siebie, ani dla Bohaterów Wrześni!
Pan myśli że ktoś z piłkarzy myśli o takich ??? Naprawdę przecież oni tu są tylko dla pieniędzy
A nie żeby myśleć i takich rzeczach

Stefan

Niestety ale większość piłkarzy to zwykle wkłady do koszulek
Bez przywiązania do barw klubowych
Dzisiaj są u was , spadną trudno za chwilę zagrają w innym klubie za pieniądze i tak w kółko

Zbliżające się wydarzenia